2005 - Inn
Postanowiliśmy zobaczyć więcej za jednym razem. Wycieczka objazdowa samochodem nie wchodziła w rachubę. Zatem jedziemy rowerem, ale najlepiej, gdyby cały czas mogło być z górki... Wybraliśmy trasę wzdłuż rzeki Inn od jej źródeł, nie określając, dokąd chcemy dojechać, bo to przecież pierwsza taka wyprawa.
7.09.2005 - Podróż z Katowic do Maloja
Wylecieliśmy samolotem linii WizzAir z Katowic do Bergamo koło Mediolanu. Stamtąd, najpierw lokalnymi pociągami, do granicy ze Szwajcarią, a potem autobusem na przełęcz Maloja, skąd wypływa Inn. Podróż samolotem wymagała rozkręcenia rowerów, które zapakowaliśmy mało elegancko w płachty winylowe i zrobiliśmy coś na kształt plecaków, przytwierdzaj±c pasy do noszenia na plecach. Po przybyciu na przełęcz Maloja rozwiązaliśmy nasze tobołki i zmontowaliśmy rowery. Niestety, jeden z nich miał skrzywione koło - prawdopodobnie "ucierpiał" przy okazji odprawy bagażowej na lotnisku. Początkowo chcieliśmy przejechać 20 km do St.Moritz, by tam rozejrzeć się za serwisem, ale niestety - nie było to możliwe. W pobliżu przystanku autobusowego, tuż pod przełęczą, był kemping z polem namiotowym. Mamy namiot, więc pierwszą noc spędzamy w namiocie. Było chłodno i mokro. Jak to w górach jesienią... Poza tym kemping był w pobliżu całkiem sporego jeziorka.
8.09.2005 - Maloja - St. Moritz
Na drugi dzień idziemy do warsztatu, żeby naprawić rower, bo własnymi siłami nic nam nie wychodziło. Starszy pan próbował, ale po pół godziny i on się poddał. Nie wziął jednak od nas żadnej zapłaty, co przyznam - szczerze mnie zaskoczyło. Jakoś stoczyliśmy się do St.Moritz, przełożywszy cały bagaż na drugi, sprawny rower. W St.Moritz jedziemy do sklepu, którego właściciel prowadził też serwis sportowy. Śmieję się z siebie, gdy sobie przypominam, jak próbowałem po angielsku wytłumaczyć, że coś się stało z kołem. W rozmowie padło ze strony mojego rozmówcy w pewnym momencie słowo „felga” i tu się stuknąłem w głowę, że szybciej dogadałbym się po śląsku niż po angielsku. W sklepie naprawa trwała ze 2 godziny i znowu nic. Zaproponowano mi alternatywę: sprowadzenie koła, które wskutek tego, że rower był stary, było nietypowe, lub zakup roweru z wypożyczalni za 450 CHF. Na oko rower był prawie nie używany. Cenę utargowałem na 420 CHF, ale trzeba było założyć specjalny bagażnik, więc w sumie zapłaciłem 450 CHF. Znowu było już za późno, żeby jechać dalej. Pięknie, drugi dzień, a tu dopiero przejechane 20 km. Właściciel sklepu załatwił nam nocleg w schronisku młodzieżowym.
9.09.2005 - St. Moritz - Sur-En
Nazajutrz piękna pogoda, rowery sprawne i całe w tym szczęście. Okazało się, że choć trasa opisana jest jako łatwa, to nie znaczy, że nie jest pod górkę. Przy każdej okazji przekraczania jakiegoś dopływu Innu trzeba jechać najpierw pod górę w kierunku doliny, z której dana rzeczka wypływa, a potem pokonać mostek i dopiero wtedy rozkoszować się szybką i przyjemną jazdą w dół. Po drodze śliczne miasteczko Guarda. Podjazd pod górę spory, ale warto było. Zobaczyłem jedno z najpiękniejszych miejsc, choć nie jestem miłośnikiem architektury. Pogoda się zepsuła, zaczęło padać. Dobrze, że mamy nowe klocki hamulcowe, bo w deszczu trzeba było zjeżdżać stromymi, krętymi drogami. Nocleg znaleźliśmy bez problemu w stacji turystycznej dla rowerzystów. Wszystko było mokre. Udostępniono nam pomieszczenie w kotłowni do wysuszenia rzeczy. Jest super!
10.09.2005 - Sur-En - Motz
Wciąż pada. Do granicy z Austrią pewien odcinek jedziemy szosą, potem znowu drogi dla rowerów. Po drodze większe miasto to Landeck. Trasa staje się dość męcząca dla nas nowicjuszy. Miało być z górki, a tu przy każdej bocznej dolinie najpierw trzeba wjechać w głąb doliny, by przekroczyć mostek z dopływem, a dopiero potem z górki wrócić nad Inn. Wieczorem szukamy noclegu w małej mieścinie Motz. Była niedziela, zatrzymaliśmy się przed kościołem. Tam od razu zorientowano się, że szukamy noclegów. Miła pani podała mi adres i wskazała kierunek informuj±c, że jej mąż jest w domu, więc możemy się zakwaterować. Nazwę ulicy nie bardzo zapamiętałem, ale numer szybko znalazłem. Pukam, wychodzi zdziwiony mężczyzna i oświadcza, że nie ma u niego żadnych noclegów, a tak w ogóle, to żony on też nie ma. Czyli pomyłka... Przejechaliśmy jeszcze kilka ulic, na których (na szczęście) podanego numeru nie było, by wreszcie trafić pod właściwy i zdążyć na niedzielną mszę.
11.09.2005 - Motz - Brixlegg
Koło południa dojeżdżamy do stolicy Tyrolu - Innsbrucka. Zwiedzamy starówkę. Prawie jak w Krakowie, ale nasz Kraków piękniejszy. Słynny Goldendach, o którym pisz±, że jest największą atrakcją tego miasta, to zwykła kamienica z zadaszonym balkonem, tyle, że ten dach jest ponoć ze złota. Za Innsbruckiem dolina Innu jest już szeroka, góry po lewej i prawej dość daleko, więc droga w miarę płaska. W Wattens zwiedzamy muzeum kryształów Swarovskiego. Pierwszy raz mamy kłopoty z noclegiem. Trochę za późno zaczęliśmy się za nim rozglądać. Miejscowość Brixlegg, nigdzie nie ma napisu „Zimmer frei”. Podjeżdżamy do dużego hotelu – zamknięty. Chyba tak godzinę już w ciemnościach objeżdżaliśmy miasteczko z dołu do góry, w prawo i w lewo, i nic... Wreszcie zapukaliśmy do hotelu w centrum miasta. Miejsca s±, ale ile kosztują? Wcale nie było tak strasznie – 60 euro za pokój dwuosobowy ze śniadaniem.
12.09.2005 - Brixlegg - Kuffstein
Dzisiaj wracamy do domu. Postanawiamy dojechać jeszcze tylko 30 km do Kuffstein na granicy z Niemcami. Po drodze obserwujemy skutki powodzi - ślady błota na drzewach, uprawach i zabudowaniach. Wreszcie Kuffstein. Pociągiem wracamy do Wiednia. Potem rozbieramy rowery na części. Miejscem naszej pracy był przystanek tramwajowy przed dworcem. Nie był to na pewno piękny widok. Nawet jakaś starsza pani wyraziła swoje oburzenie i coś wspominała o policji. Potem trzeba było przemieścić się tramwajem na inny dworzec kolejowy, z którego odjeżdżają pociągi do Polski. Wracaliśmy „Chopinem”. Konduktor też nie bardzo był ucieszony widokiem naszych tobołów. Powiedział, że sami mamy się dogadać z pasażerami wyznaczonego nam przedziału. Na szczęście jeden był podpity i było mu wszystko jedno, a drugi przesiadł się do innego przedziału. Trzeba zaznaczyć, że naszych rowerków nie było gdzie postawić, w końcu jednak zdołaliśmy je umieścić na leż±co na pryczach kuszetki. Daleko polskim kolejom do kolei austriackich, gdzie w składzie niemal każdego pociągu (bez względu na jego typ i trasę) znajdują się specjalne przedziały dla rowerów lub nawet osobny wagon przystosowany do ich przewożenia pod okiem właścicieli.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| Hotel w Brixlegg | Ślady powodzi | Jak w Bawarii | |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
| W oddali Kuffstein | Krzyż przydrożny | Naprawy po powodzi | Zamek w Kuffstein |
13.09.2005
Już w domu. Było świetnie. Jedynie skomplikowany sposób podróżowania (samolot, pociąg, autobus, tramwaj, bieg między dworcami przez centrum Wiednia z rowerami na plecach...) wymaga skorygowania.
Polski










.jpg)















































